Kilka wskazówek:

  • Wybierz tematykę, która Cię interesuje. Nie ma żadnego sensu czytać w oryginale czegoś, do czego masz się zmuszać. To nie czasy szkolne! 🙂 Książka powinna Cię wciągnąć i sprawić, że będziesz chętnie do niej wracała/wracał.
  • Powinnaś/Powinieneś rozumieć min 70-80% czytanych treści. Tak jak widzisz na zdjęciu moja uczennica zdecydowała się na Paulo Coelho. Zwykle książki, których autor nie jest native speakerem tłumaczone są na język, na którym Ci zależy, przy użyciu relatywnie prostego słownictwa.
  • Nie koncentruj się na każdym słowie, którego nie znasz. Skoncentruj się raczej na fabule. Na początku może Ci się to wydawać dziwne i Twój mózg będzie się buntował, ale z czasem przywykniesz 😉
  • Stwórz sobie system, określ cel – np. 2 strony dziennie. W przeciwnym wypadku jest duża szansa na to, że poddasz czynność czytania po kilku dniach.
  • Zapisuj słownictwo do aplikacji (np. AnkiDroid) lub do zeszytu. Nie pojedyncze wyrazy, a CAŁE ZDANIA, lub fragmenty zdań. Zapisuj to, co Ciebie interesuje, co wydaje Ci się potrzebne. Koncentruj się na często powtarzającym się słownictwie, ciekawych strukturach. Określ cel: np. 2 zdania, które zapiszesz z każdej przeczytanej strony. Co za dużo to nie zdrowo – nie chodzi o to żebyś zapisywała/zapisywał wszystko. Głównym celem jest radość z czytania interesujących Cię treści.
  • Nie poddawaj się! Pamiętam, że kiedy mój mentor od angielskiego dał mi pierwszą książkę w oryginale jako “pracę domową”, powiedział po prostu: czytaj i nie zaglądaj zbyt często do słownika. Wtedy również dał mi taki wieeelki, papierowy słownik monolingwalny (czyli taki, gdzie nie zobaczysz ani jednego polskiego słowa). Na początku rozumiałem z tej książki tylko ok 40%, pod koniec ok 60%. Wielokrotnie chciałem się poddać, a on co lekcje powtarzał tylko: “keep on learning” (czytaj dalej) 🙂 Satysfakcja po skończeniu lektury była niesamowita! Moja pierwsza książka, którą przeczytałem po angielsku! Ps. Byłem wtedy na poziomie B1, autorem książki był anglik, a tematyka nie była moją “cup of tea” (nie w moim typie) i często myślami odpływałem do dużo ciekawszych zajęć 🙂